Reklama Gora

Video

 

 

POLECAMY

Polecamy  Biuletyn PRP - Numer

Najnowsza książka "Operacja Terror" już w sprzedaży. Do książki załączony jest na płycie DVD film fabularny pod tym samym tytułem. Zapraszamy!

To wspomnienie z moich dziecinnych lat było już kiedyś publikowane w Internecie. Jestem jednak do niego niesłychanie przywiązany, dlatego chciałbym, by czytelnicy Trzeciego Obiegu podczas przedświątecznej gorączki przenieśli się na chwilę do czasów, gdy Św. Mikołaj był wciąż jeszcze katolickim biskupem, a nie otyłym przerośniętym infantylnym krasnalem z reklamy Coca-Coli. To wspomnienie jest bardzo osobiste, nie ma tam postaci fikcyjnych czy fikcyjnych sytuacji; są pewnie zachowania przejaskrawione i rozmowy cukierkowe – wszyscy i wszystko takie jak zapamiętałem jako dziecko.

Starałem się nic nie zmieniać i pamiętam jak pieczołowicie próbowałem to sobie odtworzyć. Słowem: tak wyglądała w oczach dziecka Wigilia sprzed prawie 40 lat. Tak wyglądały prawdziwe Święta zanim nadeszła epoka video, komputera, komórki i reklam. Przeczytajcie proszę…

Św. Mikolaj

Lata siedemdziesiąte. Gwar u dziadków niesamowity. Ja i mój młodszy brat cioteczny – Krzysiek, na zmianę dyżurujemy przy oknie, wypatrując pierwszej gwiazdki.

Obydwie małe siostrzyczki, ta rodzona – Dorotka i jej rówieśniczka – Agnieszka, od Cioci Zosi, biegają podniecone. Trasa niezbyt skąplikowana sypialnia – przedpokój-kuchnia-przedpokój-pokój stołowy. Ale w każdym z pomieszczeń się coś dzieje. W sypialni się pali lampeczka-krzyżyk, my z nochami w szybie i tata kończący papierosa (jego odpoczynek od zamieszania). W kuchni kochana Babcia Zuzia wyjmuje z szafki pod oknem ciasto za ciastem. Ile tego. Mmm.. piernik, serniczki, murzynek i – o rety, moje ulubione – makowiec. Wszystkie pachnące, świeżutkie, efekt wypieków Babci w wczorajszym (i nocy). Mama wyjmuje pierogi z gara na talerze. Ciocie zajmują się smażeniem karpia i gotowaniem uszek.

 

W stołowym CHOINKA – ale JAKA. Do nieba. Pełna bombek, lampeczek, naszych kolorowych łańcuszków, anielskiego włosia i najróżniejszych, fikuśnych zabawek oraz długaśnych cukierków (ich jeść nie wolno, bo stare). Całość wieńczy czubek bombkowaty. Ten sam od lat. Z wgłębieniem z boku w kształcie harmonijki. A na środku pokoju stół. Już przybrany, uroczysty. Przy nim uwijają się Wujkowie. Rozstawiają sztućce talerze. O, leci też Tato, wypalił już. Przynosi, więc pierwsze zimne zakąski: buraczki, śledzie – ze trzy rodzaje.

W fotelu uśmiechnięty Dziadek. Dostojny, olbrzymi i czuwający nad wszystkim. Surowy dla dorosłych a przystępny dla dzieciaków. Woła mnie ręką, gdy tylko się pojawiam:

- Jest już pierwsza gwiazdka kawalerze?

- Nie, Dziadziuś, jeszcze nie.

- To pośpiewajmy Kolędy, będzie nam się przyjemniej czekało.

„Dzisiaj w Betlejem, Dzisiaj w Betlejem, Wesoła nowina, Bo Panna czysta, Bo Panna czysta,

Porodziła syna” – zaczął swoim tubalnym głosem.

 

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

To sygnał dla reszty dzieciarni. Przybiegają wszyscy i przyłączają się do śpiewu. Tylko ja lecę do sypialni, zgaszam górne światło i wpatruję się w niebo przez okno – moja kolej czuwania. No, kiedy ona zajaśnieje? Ta pierwsza z gwiazd? Najważniejsza. Sygnał do rozpoczęcia kolacji.

Śpiewy biegnące z drugiego pokoju coraz głośniejsze. Nawet Tata się przyłączył.

 

 

 

Ja wciąż z nosem przy zimnej szybie, wpatruję w ten nieziemski dziś – biały świat, też nucę. Ale inną wersję Kolędy. Tą, którą nauczył mnie Dziadek-Partyzant jeszcze przed świętami.

 

Dzisiaj w Warszawie,

Dzisiaj w Warszawie,

Wesoła nowina.

 

Tysiąc bombowców,

Tysiąc bombowców,

Leci do Berlina.

 

Berlin się pali,

Berlin się wali,

Hitler ucieka,

Hitler się wścieka.

 

Granaty trzaskają

Bomby wybuchają.

Cuda, cuda

Wyprawiają.

 

O JEST!! Pierwsza gwiazdka! Hurra! Krzyczę. Nie. Ryczę raczej z radości i biegnę do stołowego.

 

A tam, jak pięknie. Stół już zastawiony. Świeczki, jedna za drugą zapala Mama. Wygląda wspaniale. W jakiejś takiej odblaskowej bluzce w paski. Wujek Grzesiek daje mi kuksańca żebym się przesunął. Ciocie pobiegły do pustej teraz sypialni też się przebrać świątecznie. Hehe, będzie je podglądał Aniołek-Cherubinek z obrazka na ścianie.

 

stół

 

Babci wszędzie jest pełno. Ile ma energii. Komenderuje: siadajcie, przesuńcie się, przynieście jeszcze to, tamto, sianko pod obrus, serwetka spadła. Tata z Wujkami ładują się na wersalkę za stołem. Wróć! Będzie inaczej. Parami. Wujek Andrzej trzyma miejsce dla Cioci Fredzi. Wujo Grzesiek głośno woła żonę – Zosię: pośpieszcie się, już siadamy. Za chwilę jest już cała rodzina. Babcia wesoło podaje wazę z barszczem. Tata wpakował krawat w uszka. Chwila napięcia. Wszyscy czekają, kiedy Dziadek Adolek wstanie, sięgnie po opłatek i zaczną się Życzenia.

- No, Tato – mówi delikatnie Ciocia Fredzia.

 

Jest sygnał!

 

Doskakujemy do siebie z chlebem pańskim w dłoniach.

 

- Byś synku był naszą pociechą, dobrze uczył się w szkole, był zdrowy i wyrósł na porządnego człowieka – mówi do mnie Tata i całuje.

- A ja Ci Tatuś życzę zdrowia i mnóóóstwo pieniędzy.

 

Dorotka ciągnie mnie za chwilę za rękaw i szepcze zmartwiona:

- nie ma prezentów. Czy dziś Święty Mikołaj nie przyjdzie?

- przyjdzie, przyjdzie. Zawsze przychodzi.

 

Chociaż, oczywiście i we mnie niepokój jest.

Bo o tej porze zawsze prezenty już leżały pod choinką. Zalatany Św. Mikołaj wchodził, bowiem przez okno do pokoju (akurat, gdy dzieci były w sypialni) i je rozkładał. Potem trzask okna. Wbiegaliśmy – ale nigdy nie udało się Go spotkać. Czasem komuś tylko mignął jego czerwony płaszcz na dworze i słyszeliśmy (chyba) dzwonki sanek.

 

- Czyżby faktycznie o nas zapomniał, Dzidziusiu?

- A grzeczni byliście?

 

No właśnie. Martwię się już na całego. A może to przeze mnie? Może przez tą drakę z Panem Julkiem? Co mu powiedziałem przez telefon: „dziadka nie ma a pan mnie może najwyżej w dupę pocałować”. Popisywałem się wtedy przed Krzyśkiem, a teraz prezentów może nie być. Pewnie to przez mnie.

 

Tymczasem kolacja się kończy. Już makowiec. Pochłaniam kolejny kawałek. Kolędy. Trochę śpiewamy, trochę z kasety z grundiga: Cicha Noc, Jezuś Malusieńki, Pastuszkowie i Bóg się rodzi.

 

Babcia wyszła znowu do kuchni i woła:

- Dzieci, dzieci! Chyba widziałam Świętego Mikołaja.

Pędem, na złamanie karku dopadamy okna kuchennego i pakujemy się na szeroki parapet. Gały wlepione w noc i oświetloną uliczkę.

- Chyba tu lądował.

- Jak to „chyba” Babciu? Nie widziałaś dobrze? Przecież to parter.

- Cos mi mignęło. Wszyscy ludzie są na wieczerzach wigilijnych, więc któż inny mógł być?!

 

Nagle, dzwonek do drzwi. Zamarliśmy. I dalej tarabanić się spowrotem z parapetu na podłogę.

- Spokojnie wariacie – krzyczy do mnie Ciocia Zosia (moja Chrzestna) – bo potrącisz Agnieszkę.

Faktycznie, kilkuletnia siostrzyczka, blondyneczka, przestraszona zaczyna brać powietrze do płaczu. Zatykam jej usta i ciągnę ze sobą.

Otwierają się drzwi powoli. My, dzieciarnia zbita w czwórkę, stoimy niepewnie pośrodku przedpokoju.

 

WCHOOODZI !!!

 

Pochylony, z długaśną białą brodą, w czerwonym płaszczu, czapie biskupiej i podpiera się wielkim pastorałem.

 

Święty Mikołaj

 

- NIECH BĘDZIE POCHWALONY….

- Na wieki wieków, Amen.

- DZIEŃ DOBRY DZIECI.

- Dzień dobry Święty Mikołaju.

 

Pomalutku, przez przedpokój wchodzi do salonu. Na plecach dźwiga wielki, OGROMNIASTY wór. Na pewno pełen prezentów. Ale o dziwo napięcie mnie nie opuszcza.

 

- BARDZO DŁUGO JECHAŁEM PO NIEBIE DO WAS. ZMARZŁEM TROCHĘ I JESTEM ZMĘCZONY.

- Spocznij Święty Mikołaju – mówi Mama.

- A z daleka jechałeś? – wyrywa się jak zwykle Krzysiek.

- Z SAMEGO BIEGUNA PÓŁNOCNEGO. ALE PĘDZIŁEM, BO ANIOŁY MI MÓWIŁY, ŻE TU DZIECI CZEKAJĄ. BYLIŚCIE GRZECZNI?

- Taaaaak

- NA PEWNO? BO COŚ MI SIĘ WYDAJE, ŻE JEDNEMU I RÓZGA BY SIĘ PRZYDAŁA.

 

Zmartwiałem! I zrobiłem się czerwony jak burak. To przez ten wygłup na pewno.

 

- ZACZNIJMY WIĘC OD NAJMŁODSZEJ AGNIESZKI.

 

Tu sięgnął do wora i wyciągnął paczkę. Agnieszka odebrała dygając ślicznie – nie puszczając jednocześnie sukienki swojej mamy. Potem była Dorotka, Krzysiek…. A potem:

 

- PODEJDŹ NO CHŁOPCZYKU DO MNIE. TY TU JESTEŚ NAJSTARSZYM WNUSIEM?

- Tak.

- I BYŁEŚ GRZECZNY TAAK?

- Ta…k, to znaczy już naprawdę drogi kochany Święty Mikołaju będę. Starałem się, ale nie zawsze wychodziło.

- WIEM, WIEM. FIGLE-MIGLE CI W GŁOWIE. I MÓWISZ BRZYDKO.

- Ale naprawdę Święty Mikołaju, to ostatni raz.

- TAAK. ZASTAWIAM SIĘ, CO ZROBIĆ. WZIĄŁEM DLA CIEBIE RÓZGĘ…

- ….(byłem przerażony a do oczy zaczęły się cisnąć łzy)

- ….ALE CHYBA JEDNAK CI ZAUFAM. UWIERZĘ TEJ TWOJEJ OBIETNICY. WARTO?

- Tak warto! Święty Mikołaju. Naprawdę warto. I już obiecuję, że nigdy, nigdy. I Mamy będę słuchał. I Taty cały rok. I Babci, i Dziadka

- Dziadziusia – poprawił Dziadek Adolek – „dziadek” to pod kościołem.

- Tak. I Dziadziusia.

 

I Święty Mikołaj sięgnął do worka i wyjął WIELKI PREZENT.

I DAŁ MI.

 

Potem rozdał jeszcze podarki reszcie domowników. Tata szepnął śmiesznie pod nosem: – pewnie znów skarpetki albo krawat.

 

Potem GOŚĆ pożegnał się. Życzył Wesołych Świąt i poszedł. By wsiąść w sanie i odjechać do innych dzieci.

Cały wieczór upłynął na zabawie, zwłaszcza, że przydało się też dodatkowe nakrycie, bo zaraz odwiedził nas wesoły Pan Rogala – przyjaciel Dziadka i Babci, jeszcze z oddziału “Szarego”.

 

A co ja wtedy dostałem? Nie pamiętam.

Może robota chodzącego, albo klocki-budownictwo?

 

Pamiętam za to, że grzecznie pomogłem posprzątać po kolacji.

Dziadziuś zapalił zimne ognie na choince i znów zaczął śpiewać kolędy. Śpiewaliśmy z nim wszyscy. Ja popisywałem się znajomością zwrotek, bo jako jedyny byłem już po Pierwszej Komunii.

 

Na drugi dzień rano były Teleferie w telewizji. Bajeczka-teatr, w której aktor Wiktor Zborowski grał krasnala „Mika”, który miał niesamowity apetyt. Jadł i jadł, że rósł i rósł. Aż urósł tak bardzo, że przestał być krasnalem. Przestał też mienić się „Mikiem” a zaczął „Mikołajem”. Nie porzucił także swojego czerwonego, krasnoludzkiego przebrania (które jakoś urosło razem z nim) i zaczął dzieciom przynosić prezenty.

 

- Mieszają dzieciakom w głowach – stwierdził Dziadek.

- No właśnie – przytaknąłem – przecież to kompletna nieprawda, bo Święty Mikołaj był biskupem

- Ja tam bym w życiu nie uwierzył w takiego „oszukańca” bez czapy biskupa i pastorału – dodał Krzysio.

- Bo polskie dzieci są mądre. Wiedzą, że tylko prawdziwy święty może mieć tyle serca by przynosić prezenty wszystkim dzieciom w Wigilię. Jak wasze mamy były małe, to zła władza próbowała im wmówić, że prezenty przynosi niejaki Dziadek Mróz. Taki ruski brodacz, który nie wierzy w Pana Boga.

 

- ale bzdety, kto by się dał im nabrać?! – stwierdził rezolutny Krzysiek.

 

Wujek Andrzej popatrzył się na niego wesoło i pogładził synka po głowie.

 

Zaczęliśmy się zbierać do kościoła.

A Babcia – która była już na „Pasterce” – zaczęła stół szykować do świątecznego śniadania. Jak wrócimy, będzie wszystko gotowe.

 

Tomek Parol

 

kolejkaPiko

Here is the attachments of this Post

Breadcrumbs

Radio Pomost

Sorry this page uses a flash based native radio and needs adobe flash 10+ support.
Download Flash here.

Reklama



Wszystkie teksty zawarte na tej stronie mog być wykorzystane tylko za zgodą autora strony, lub autora tekstu

Wykorzystanie bez zgody, oznacza zamanie praw autorskich, grożące sankcjami prawnymi

Copyright Radio Pomost Arizona © 2013.